Przez całe studia puszczamy wodze fantazji i odbywamy podróż w przyszłość. Zainspirowani postaciami Dr Meredith Grey i Dr House’a, czy prawdziwymi historiami znanych lekarzy, wyobrażamy sobie siebie samych jako specjalistów wybranych dziedzin, zdolnych rozwiązać każdy problem i gotowych poświęcić dla pacjentów własne zdrowie, a nawet szczęście.

Niezależnie od różnic w naszych marzeniach, niemal wszyscy przeżywamy też pierwsze, często bolesne, zderzenie z rzeczywistością. Pojawia się przekonanie, że żyliśmy iluzją, a nasza wizja z czasów studiów jest nieosiągalnym ideałem. Czy powinniśmy zatem porzucić nasze marzenia? Odpuścić i zaakceptować fakt, że “jest jak jest”? Byłoby to niesamowitym błędem.

Kluczowe jest rozróżnienie oczekiwań i aspiracji. Traktując nasze marzenia jako ideał, czy też azymut, podążamy ścieżką nieustannego rozwoju. Dzięki “wygórowanym” aspiracjom, osiągamy więcej, niż realizując tylko przyziemne zadania.

Jednocześnie uświadamiamy sobie, że tak jak indywidualne są nasze cele, tak i droga do nich jest wyjątkowa. Wymaga ona od nas samoświadomości oraz zaufania wobec własnej intuicji.

Nie bez powodu, mówiąc o przepisie na LEK, wychodzę od zagadnienia spersonalizowanego podejścia do pracy lekarza i rozwoju zawodowego. Spojrzenie na Egzamin z tej perspektywy, pozwala dostrzec bowiem, że tak naprawdę każdy z nas posiada już przepis LEK. Dla każdego będzie on jednak inny.

Hasło “przepis na LEK” naturalnie rodzi skojarzenia natury gastronomicznej, zatem i w tym wpisie ich nie zabraknie. I tak, każdy “pastry chef” potwierdzi, że przy całej masie doskonałych przepisów, jeden jeszcze nie powstał – na ciasto, które smakuje wszystkim.

Istnieje natomiast zestaw dobrych praktyk, które pomagają poradzić sobie z LEK-iem z zadowalającym wynikiem. Ten wpis jest poświęcony właśnie im – sprawdzonym fundamentom, które są punktem wyjścia do rozwijania własnego przepisu. A żeby uprzyjemnić Wam czytanie, wszystkie myśli podajemy opakowane w metafory cukiernicze. 🙂

Smacznego!

To nie sztuka dla sztuki

Ciast nie piecze się dla samej idei pieczenia. Na końcu procesu stoją zawsze ludzie, dla których warto się go podejmować. Apogeum satysfakcji przypada na moment, w którym wraz z nimi możemy cieszyć się efektem pracy. Motywacja do poświęcenia czasu wynika zatem nie z samych czynności, a sam wypiek jest tylko narzędziem do osiągnięcia rzeczywistego celu.

Zmagania z LEK-iem są wyjątkowo uciążliwe, ale od tego egzaminu zależy tak wiele, że znalezienie zdrowej motywacji jest niezbędne w perspektywie całego życia zawodowego. Może się okazać, że przez wynik na LEK-u nie będziemy robić tego, co chcemy. Lub nie tam, gdzie chcieliśmy i nie z tymi, na których nam zależy. Może się okazać, że będziemy musieli zmienić miejsce zamieszkania i trafimy w całkiem obce środowisko. Może się okazać, że LEK zmusi nas do czekania na inny moment.

Odkrycie źródła naszych wewnętrznych pragnień jest w stanie dać nam wielką siłę i determinację. Warto spojrzeć do swojego wnętrza i głęboko zastanowić się nad tym skąd pochodzi nasza motywacja, z jakich pobudek wyrasta. W procesie autorefleksji pomocne mogą okazać się pytania, na które odpowiedzi tylko wydają się oczywiste:

Jakie znaczenie ma dla mnie ten egzamin? Do czego go potrzebuję?
Jaki wynik da mi to, czego chcę? Ile muszę włożyć w to pracy? Jak chcę się do niego uczyć?
Czy ten egzamin cokolwiek sprawdza? Jeśli tak, to co to jest?
Czy przy okazji nauki chcę nauczyć się innych rzeczy? Powtórzyć większość wiedzy ze studiów? Zgłębić szczegółowo niektóre z tematów?
Czy mam już wybraną speckę? Czy w ogóle chcę ją robić? Jeśli tak, to w jakim trybie?
Co dalej? Jak te wybory wpłyną na moją codzienność?

U każdego z nas pojawia się naturalnie jeszcze wiele innych pytań. Ilość informacji, które można uwzględnić przy podejmowaniu jakiejkolwiek decyzji, jest właściwie nieskończona. Kiedy już ugruntujemy nasze oczekiwania i zakotwiczymy się w bardziej namacalnej wizji przyszłości, dużo łatwiej będzie o utrzymanie wysokiej wewnętrznej motywacji. Tak przygotowani, możemy adekwatnie zaplanować działania.

“Cel bez planu pozostaje jedynie życzeniem”

Naszych blogowych weteranów proszę o wyrozumiałość. 🙂 Słyszeliście to już nie raz, ale ta zasada jest kluczowa w przygotowaniach do LEK-u i będziemy często do niej wracać.

Zabranie się za wypiek, według dowolnego przepisu, z przysłowiowego marszu, jest raczej karkołomnym przedsięwzięciem. Brakujące składniki, pojawiające się nagle – “a teraz włóż ciasto do zamrażarki na 24h”, gdy goście stoją już w progu i inne, podobne perypetie, są zawsze wynikiem poświęcenia przepisowi, czyli planowi, niedostatecznej uwagi.

Jak wspomniałem, podstawą dobrego planu są sprecyzowane oczekiwania. Zakładając, że zrobiliśmy już porządny research zarówno w sobie, jak i w upatrzonych miejscach specjalizacji, czas odpowiednio rozłożyć siły.

Pierwsze pytanie – ile mamy czasu? Dobrym punktem wyjścia do rozważań jest okres 3 miesięcy. W większości przypadków, tyle czasu pozwala na dokładne powtórzenie materiału i uzupełnienie braków.

Nie można jednak zapomnieć o zewnętrznych okolicznościach. 3 miesiące na stażu, to nie to samo, co 3 wakacyjne miesiące zaraz po studiach. Wakacyjne wyjazdy, czy inne okoliczności też zwykle wpływają na naukę bardziej, niż początkowo zakładamy. W ciągu ostatnich dni przed i pierwszych dni po takim wydarzeniu, myślami jesteśmy już gdzie indziej i trudniej nam się skupić.

Dlatego, choć nie tylko, warto, aby nasz plan był nieco wygórowany. Dotyczy to nie tylko marginesów czasowych, ale też zakresu, czy szczegółowości. Wyznaczanie ambitnych, ale wciąż realistycznych celów, pozwala nam uniknąć zjawiska zwanego prawem Parkinsona, według którego ludzie tak rozciągają pracę, aby zajęła tyle czasu, ile sobie na nią wyznaczyli.

Składniki należy dodawać w następującej kolejności…

Czyli białka należy najpierw ubić, a dopiero wtedy dodać cukier. Zakres materiału na LEK to kilkanaście przedmiotów. Kolejność, w jakiej do nich podejdziemy, ma bardzo duże znaczenie. Najłatwiej się uczyć, gdy każda informacja łączy się z poprzednią. Lepiej działają wtedy powtórki, łatwiej usystematyzować wiedzę.

Odwołując się do naszej głównej metafory – najpierw powstaje ciasto, następnie przekładamy je nadzieniem, oblewamy polewą i dopiero wtedy dekoracje mają jakikolwiek sens. Zacznijmy zatem od bazy, czyli ciasta.

Dobrze rozpocząć od matki nauk medycznych, czyli interny. Daje ona solidne podstawy, dość szczegółowo zbiera większość zagadnień, a same relacje pomiędzy jej kolejnymi działami ułatwiają przyswojenie dużej ilości materiału.

Następnym logicznym krokiem jest pediatria. Zaraz po internie, choroby dziecięce są dużo łatwiejsze, a całość nauki sprowadza się głównie do wyłapania różnic i przerobieniu dodatkowych zagadnień, unikalnych dla dzieci.

Trzecim składnikiem tej mieszanki jest chirurgia. Po przerobieniu, wymieszaniu i odpowiednim ubiciu tej części materiału jesteśmy już prawie w połowie! Na te trzy działy przypada na LEK-u mniej więcej 50% pytań. Jeżeli poświęciliśmy im dostatecznie dużo uwagi, wszystko jest spójne i dobrze się trzyma, dużo łatwiej będzie nam dołożyć kolejne działy.

Następne w kolejce czekają ginekologia oraz psychiatria. Wbrew pozorom, dostarczają one sporo tematów, które warto szczegółowo zgłębić. Przekładamy zatem ciasto ich mieszanką.

Całość polewamy medycyną ratunkową i rodzinną. Stanowią one ogólną powtórkę wszystkiego, czego do tej pory się nauczyliśmy, idealnie spajają pozostałe składniki i nadają naszemu dziełu ostateczny kształt.

Wreszcie czas na “dekoracje”, czyli materiał, który przyda się każdemu lekarzowi, ale nie wiadomo, dlaczego pytają o to na egzaminie… Mam na myśli bioetykę, prawo medyczne i zdrowie publiczne. Dekoracje najlepiej dorzucić przed samym “podaniem na stół”. Szkoda tracić na tym punkty, a tutaj niestety niewiele jest pola manewru – wiesz, albo nie.

Opisana kolejność pozwala zaoszczędzić czas, który możemy spożytkować na spokojniejsze i bardziej świadome przyswajanie wiedzy. Odpowiednia kolejność działań to jednak nie jedyny krok do optymalnego wykorzystania czasu.

Mix it up!

Niektóre etapy przepisu wymagają większej ilości czasu, nie wymagają jednak od nas stałego nadzoru. Ba! Niekiedy przepis mówi wprost, aby niektóre czynności wykonywać w trakcie, gdy ciasto już spokojnie rośnie w piecu, lub masa się chłodzi.

W efekcie całość zajmuje mniej czasu, a powiązane ze sobą etapy kończą synchronicznie. Dobrego szefa kuchni poznaje się właśnie po efektywnym zarządzaniu czasem i świadomym odkładaniu czynności, kiedy po prostu potrzebują trochę czasu.

Nasz proces nauki również może skorzystać na podobnej technice. Efektywna, jednorodna praca ma swój kres dużo szybciej, niż nam się wydaje. Studenci medycyny wykazują się ponadprzeciętnymi wynikami, jeżeli chodzi o czas utrzymania skupienia, ale i u nas przychodzi moment, w którym zaczynamy mechanicznie wodzić wzrokiem po tekście.

Warto reagować na sygnały naszego mózgu i w takich momentach odkładać dany materiał, dając mu czas. Stosowanie “mixed practice”, czy też mieszania praktyk, wcale nie oznacza przerwy na leniuchowanie. Po kilkudziesięciu minutach intensywnej nauki nowych zagadnień, możemy śmiało zaserwować sobie serię powtórek. Możemy zrobić rekonesans nadchodzącego tematu i zastanowić się nad tym co pamiętamy, a na jakie pytania brakuje nam odpowiedzi.

Niezależnie jednak od stopnia zróżnicowania naszej nauki, nie możemy się przecież uczyć w nieskończoność i trzeba sobie powiedzieć “na dziś wystarczy”. A ma to większe znaczenie, niż nam się czasem wydaje…

A teraz odłóż i czekaj, aż wyrośnie

Odłożenie ciasta w ciepłe miejsce i przykrycie go “pierzyną” jest niezbędnym etapem dla uzyskania odpowiedniej konsystencji. Lepiej rozumiejąc proces nauki, badacze coraz częściej podkreślają, że sen i przerwy mają dla niego nie tyle istotne, co kluczowe znaczenie. Niestety rezygnujemy z nich czasem w pierwszej kolejności, zwłaszcza w okresie stresu.

Okazuje się, że w trakcie słodkiego drzemania, uruchamiają się całe kaskady genów, regulujące tak zwane procesy konsolidacyjne. Odpowiadają one za to, co nasz mózg uzna za warte zapamiętania i nad czym przez całą noc będzie pracował.

Inne badania podkreślają fakt, że jeśli w trakcie nauki nie powtarzamy wystarczająco dużo tych samych informacji, bardzo wiele treści jest usuwanych właśnie w trakcie snu! Dzieje się tak dlatego, że nasz układ nerwowy wzmacnia głównie połączenia, które są najczęściej używane.

Całość zjawiska jest oczywiście bardziej skomplikowana, ale metafora nasuwa się sama – ciasto przed pieczeniem trzeba odłożyć w ciepłe miejsce, żeby wyrosło. Po mieszaniu, ubijaniu, dodawaniu i wstrząsaniu, musi nastąpić konsolidacja, pęcherzyki powietrza muszą się ustabilizować i nadać ciastu ostateczną strukturę. 🙂

200° z termoobiegiem

Kilka stopni za dużo – spód się przypiecze, kilka stopni za mało – ciasto będzie surowe. Temperatura, tryb wentylacji, czy ułożenie w piekarniku – każdy szczegół otoczenia, w którym wyrasta nasza szarlotka ma znaczenie.

Już na etapie przygotowań fizyczny, widoczny plan pracy, jest pierwszym, pomocnym elementem otoczenia. Jest jak przepis, który cały czas utrzymujemy w zasięgu wzroku. Rozpisany na kilka miesięcy, uwzględniający nie tylko pracę, ale też przerwy i odpoczynek, będzie codziennie przypominał o tym, co ważne.

Jednak dla części z nas, pewnie nawet niemałej, nauka w samotności nie wystarczy, żeby osiągnąć wymagane 200°. Odpowiedzią jest wspólna praca. Zadawanie sobie nawzajem pytań, rzucanie wyzwań, czy dzielenie czasem i przestrzenią, potrafią skutecznie podgrzać atmosferę (czasem dosłownie).

Częste interakcje są natomiast jak termoobieg dla wiedzy, rozprowadzając ją równomiernie w całym środowisku. To właśnie to zjawisko powoduje, że razem wiemy i umiemy więcej, niż osobno.

Ostudzę jednak nieco zapał tych, którzy oczami wyobraźni widzą już 3 miesiące spędzone w naukowej komunie. 😉 W takich warunkach łatwo się przegrzać i stracić z oczu cel. Dla utrzymania odpowiedniej temperatury potrzebujemy balansu i ochłonięcia w samotności.

“Chcesz spróbować?”

Zanim wyciągniemy ciasto i ogłosimy sukces, wypiek trzeba jeszcze sprawdzić. Nakłuć w paru miejscach, ocenić kolor, zapach, konsystencję. Nierzadko podejmujemy decyzję, że warto dać mu jeszcze parę minut w cieple piekarnika. 🙂

Rolę “nakłuć” w procesie nauki odgrywają oczywiście pytania. Do ich znaczenia nie muszę nikogo przekonywać. Nie ma chyba lekarza, który robiąc studia w XXI wieku, nie korzystał choć raz z bazy pytań. Każdy, kto ma na koncie choć jedno podejście do Egzaminu, zgodzi się z poniższym stwierdzeniem:

Przerobienie bazy pytań do LEK-u potęguje naszą szansę na uzyskanie wysokiego wyniku, weryfikując efekty całej dotychczasowej nauki.

Często spotykam się jednocześnie z pytaniem: “Czy da się zdać LEK robiąc tylko pytania?”. Cóż, pewnie się da, jeżeli nasza wiedza po studiach jest dobrze ugruntowana. Patrząc jednak na wyniki z ostatniego egzaminu w lutym 2017, mam sporo wątpliwości.

Tak jak wspomniałem, sprawa ma się inaczej przy aspiracjach na wysoki wynik. Sprawdzając sami siebie wiemy na czym stoimy, gdzie mamy braki i co należy jeszcze dopracować. Warunkiem dostatecznym jest jednak bardzo dobre przygotowanie merytoryczne, które pozwala nam rozumieć odpowiedzi, a nie jedynie je mechanicznie zapamiętywać.

Odchodząc nieco od kulinarnej metafory, pytania z LEK-u zwyczajnie się powtarzają. Zwykle, pytania zbliżone do tych z poprzednich lat, stanowią 5-15% całości Egzaminu. Trzeba być jednak czujnym, gdyż czasem mała zmiana w treści lub interpunkcji może zmienić poprawną odpowiedź!

Voila!

Nadszedł czas, aby ukręcony, upieczony i sprawdzony pytaniami “mazulek” zaserwować i poddać go ostatecznej próbie. 🙂 Teraz zweryfikujemy, czy nasz plan, technika i metody przyniosły oczekiwany skutek.

Podsumowując całość wpisu (czy też przepisu), warto zacząć od solidnych przygotowań. Zbadać dobrze swoje potrzeby i osadzić LEK w kontekście całości naszych planów zawodowych. Zbudować zdrową motywację skupiając się na jego konsekwencjach w przyszłości, a nie na samym wyniku. Pozwala to lepiej zaplanować pracę i zachować ”świeżość” w nauce.

Przede wszystkim jednak, warto potraktować LEK jako wspólny wysiłek. W końcu wszyscy mamy wspólny cel. Korzystajmy z tego, co jest już gotowe. Innymi słowy to, że Twój przepis wymaga jajek, nie oznacza, że musisz zacząć od hodowli kury. 🙂 Odkurz gotowe materiały, zasięgnij rady przyjaciół. Pomóż innym, kiedy tylko możesz.

Dzięki temu, w przyszłości komuś będzie łatwiej. Dzięki temu, wszyscy będziemy mieli więcej czasu nie tylko na to, aby dobrze przygotować się do tego egzaminu, który tak naprawdę niczego nie sprawdza. Będziemy mieli więcej miejsca i czasu, aby przygotować się do życia i pracy lekarza. A praca lekarza, to coś więcej, niż LEK.

P.S.

Praca nad tym wpisem przywołała w mojej pamięci mamę, która poucza mnie podczas ucierania jakiejś masy:

“Tylko kręć w jedną stronę, bo mi ciasto upadnie!”

Technika ma znaczenie. W tym wpisie nie zagłębialiśmy się w arkana samego procesu uczenia się, ale dla głodnych mamy jeszcze wisienkę, na przysłowiowy tort – wykład, nieżyjącego już niestety, Marty’ego Lobdela “Study less, study smart”. Dla nas był on kamieniem milowym w zrozumieniu nauczania.

Częstujcie się, smacznego!